Justin jeszcze spał. Znalazłam w szufladzie kartkę i kredki. Jutro są jego urodziny.
Zaczęłam rysować i pisać, zrobiłam dość ładną laurkę dla mojego brata, myślę, że mu się spodoba. Przynajmniej to mogę dla niego zrobić, bardzo go kocham.
Wyglądała tak...
Zawsze mama mówiła, że mam talent do malowania. Często prosiła żebym jej coś narysowała. Była już 07:52, trzeba obudzić Justina.
Szybko wskoczyłam na łóżko i zaczęłam po nim skakać.
- Co jest? - zapytał mój brat przecierając zaspane oczy.
- Niespodzianka! - krzyknęłam. Wszystkiego najlepszego - dodałam po chwili i podałam mu kartkę.
- Dziękuję, jesteś kochana - powiedział i mnie przytulił.
- Pójdziemy dzisiaj gdzieś? - zapytałam z nadzieją.
- Tak jasne i kogoś Ci przedstawię - uśmiechnął się zadziornie.
- Kogo? - zapytałam zaciekawiona.
- Niespodzianka.
- No dobrze - zgodziłam się i poszłam do łazienki umyć się, a po mnie Justin.
*Justin*
Ciszę się, że Jazzy pamiętała o moich urodzinach, to było miłe. Dobrze mama mówiła, ona ma talent do rysowania, ale to co kocha to taniec. Niech dąży do spełnienia marzeń :)
Wybiła 9:00 wszyscy poszli na stołówkę. Wzięliśmy jedzenie po czym usiedliśmy na miejsca.
Koło nas usiadła Kelsey wraz ze swoim bratem Chrisem.
- Hej - przywitałem się.
- Cześć - odpowiedzieli równocześnie.
Jedliśmy w ciszy, którą po chwili przerwałem.
- Emm... Jak wy tutaj trafiliście? - zapytałem jąkając się.
- Nasi rodzice zginęli w wypadku samochodowym - powiedział starając się nie okazywać żadnych emocji. A wy? - dodał.
- Tata nas zostawił gdy Jazmyn miała 2 lata, a mamę ktoś zamordował przy nas - posmutniałem przypominając sobie cały zwrot akcji...
*
Staliśmy na stacji metro czekając na pociąg, który powoli nadjeżdżał w naszą stronę.
Drzwi się otworzyły, zza nich wyskoczyło dwóch facetów w kominiarkach.
Jeden z nich wyciągną broń, po czym kierując w klatkę piersiową mamy celnie w nią strzelił.
Odsunąłem się szybko i schowałem za sobą Jazzy.
Ciało mamy bezwładnie opadło na ziemię.
Szybko do niej podbiegłem i sprawdziłem puls, był niemal niewyczuwalny.
Nie mogąc opanować swoich uczuć popłakałem się, Jazym razem ze mną.
Oboje przytuliliśmy się mocno do mamy.
Zadzwoniłem po karetkę, przyjechali po kilku minutach.
Pojechaliśmy razem z nimi pogotowiem do szpitala.
Tam stwierdzili, że już nie da jej się uratować.
Zadzwonili do Domu Dziecka i nas tam zawieźli...
*
- Justin! Justin! - Chris krzyczał moje imię jednocześnie machając ręką przed moimi oczami.
- Przepraszam, zamyśliłem się - rzuciłem szybko.
- Przykro mi z powodu...
- Spoko - nie zdążył dokończyć, ponieważ mu przerwałem.
Zjedliśmy to okropne "jedzenie" i poszedłem z Jazzy po Caitlin.
- Jaka ona jest? - zapytała Jazmyn.
- Ona jest niesamowita i śliczna. Na pewno ją polubisz - powiedziałem i ją przytuliłem.
- Mam nadzieję - odpowiedziała wyrywając się z uścisku.
Po kilku minutach doszliśmy i zapukałem do drzwi.
- Hej Cait - powiedziałem i przytuliłem ją na powitanie.
- Hej Jus - odwzajemniła uścisk.
- Jazzy poznaj Caitlin, Caitlin poznaj Jazzy - uśmiechnęły się do siebie.
- Ty jesteś pewnie młodszą siostrą Justina, dużo mi o Tobie opowiadał - powiedziała wyrażnie.
Jazmyn uśmiechnęła się promiennie.
Szliśmy w stronę wesołego miasteczka.
Po kilku minutach byliśmy już na miejscu.
Właśnie mieliśmy przechodzić przez ulicę. Caitlin odebrała telefon dalej idąc. Zobaczyłem nadjeżdżający samochód.
- Co?! Nie! Jak to możliwe!? - krzyczała do słuchawki telefonu wciąż idąc przed siebie.
Cait nawet na chwile się nie zatrzymała, samochód zbliżał się coraz bliżej i bliżej.
Szybko podbiegłem do niej i mocno pociągnąłem ją do tyły, a Jazzy przyglądała się całemu przebiegowi zdarzeń.
Telefon wypadł jej z ręki.
- Ałaa - jęknęła wydychając powietrze, które nieświadomie przetrzymywała w buzi.
- Wszystko w pożądku? - zapytałem w troską.
- Justin... Uratowałeś mnie... - powiedziałam patrząc w moje oczy.
- Przecież przyjaciołom się pomaga - posłałem jej mój pełen uroku uśmiech, który odwzajemniła.
- Wszystko okej? - zapytałem troskliwie wydychając stare powietrze i wdychając nowe.
- Tak, tylko trochę kostka mnie boli - powiedziała i jęknęła cicho z bólu.
- Ee tam... Damy radę. Możesz chodzić? - spytałem pomagając jej wstać.
-Ee... Ałaa, boli - jęknęła szybko oddychając.
Popatrzałem na nią z wzrokiem małego zboczeńca i szybko wziąłem ją na ręce.
- Jeżeli nie możesz chodzić, to musimy sobie jakoś radzić - uśmiechnąłem się łobuzersko.
Poszliśmy do apteki. Caitlin i Jazzy zostały na zewnątrz.
Podszedłem do Cait i kazałem jej usiąść na schodach, wykonała moje polecenie.
Zdjąłem jej buta i delikatnie zabandażowałem jej kostkę.
- Już skończyłem, lepiej? - zapytałem
- O wiele lepiej - odpowiedziała mi z uśmiechem.
- Przepraszam, zepsułam Ci urodziny - powiedziała z poczuciem winy.
- Wcale nie, nie byłoby moich urodzin w ogóle gdybym nie poznał Ciebie.
Policzki Caitlin pokryły czerwone, duże rumieńce.
- A tak w ogóle kto dzwonił, że nie zwracałaś na nikogo uwagi? - zapytałem, a jej twarz zmieniła się z radosnej na ponurą i smutną....
___________________________________________________________________________________
Jest rozdział #4 Nie wiem czy wam się podobał, ale mam taką nadzieję <333 BOŻE JAK JA WAS KOCHAM! Jesteście cudowni. Jeżeli Was się podobało to komentujcie!
~ Believe <3
Nominowałam Was do The Versatile Blogger. Szczegóły tutaj: http://neversayy.blogspot.com/
OdpowiedzUsuń