Lubię wymyślać wierszyki i takie jakby cytaty o Justinie i nie tylko... Podzielę się z Wami moją "kreatywnością" xD
Justin Bieber to jest gość, jak coś powiesz dam Ci w kość. Ty hejtujesz ja się tnę ostrym masłem, że ojej. Mówisz pedał, a ja gej, którym jesteś, bo tak chcę.
Troszkę się nie rymuję, ale cóż...
Jerry w pełnej gotowości stoi, patrzy "gdzie Beliebers".
Idzie babcia, Jerry oklapł. I jest bluzka "I love Bieber"
Jerry staje, jest gotowy, atakuję, ma ją, trzyma, zaprowadza do Tour Busa,
Pokazuję swoje łóżko. Pcha ją pcha, ona spada z tego łóżka
I ucieka przez okienko, Jerry chwyta, łapie mocno,
On pcha mocniej, ona doszła.
Trochę później w Willi dużej biegają sobie Bieberki Juniorki. KONIEC
Justin Bieber bogiem, jego muzyka nałogiem.
Jego uśmiech, jego oczy, zakochuję się w nich każdej nocy.
Jego klata i ten Jerry pobudzają złe maniery.
Jego włosy idealne, a tyłeczkiem nie pogardzę.
Te dwa ostatnie w nocy wymyślałam :D
~ Believe <3
niedziela, 21 lipca 2013
wtorek, 16 lipca 2013
Rozdział #4
*Jazzy*
Justin jeszcze spał. Znalazłam w szufladzie kartkę i kredki. Jutro są jego urodziny.
Zaczęłam rysować i pisać, zrobiłam dość ładną laurkę dla mojego brata, myślę, że mu się spodoba. Przynajmniej to mogę dla niego zrobić, bardzo go kocham.
Wyglądała tak...
Zawsze mama mówiła, że mam talent do malowania. Często prosiła żebym jej coś narysowała.
Była już 07:52, trzeba obudzić Justina.
Szybko wskoczyłam na łóżko i zaczęłam po nim skakać.
- Co jest? - zapytał mój brat przecierając zaspane oczy.
- Niespodzianka! - krzyknęłam. Wszystkiego najlepszego - dodałam po chwili i podałam mu kartkę.
- Dziękuję, jesteś kochana - powiedział i mnie przytulił.
- Pójdziemy dzisiaj gdzieś? - zapytałam z nadzieją.
- Tak jasne i kogoś Ci przedstawię - uśmiechnął się zadziornie.
- Kogo? - zapytałam zaciekawiona.
- Niespodzianka.
- No dobrze - zgodziłam się i poszłam do łazienki umyć się, a po mnie Justin.
*Justin*
Ciszę się, że Jazzy pamiętała o moich urodzinach, to było miłe. Dobrze mama mówiła, ona ma talent do rysowania, ale to co kocha to taniec. Niech dąży do spełnienia marzeń :)
Wybiła 9:00 wszyscy poszli na stołówkę. Wzięliśmy jedzenie po czym usiedliśmy na miejsca.
Koło nas usiadła Kelsey wraz ze swoim bratem Chrisem.
- Hej - przywitałem się.
- Cześć - odpowiedzieli równocześnie.
Jedliśmy w ciszy, którą po chwili przerwałem.
- Emm... Jak wy tutaj trafiliście? - zapytałem jąkając się.
- Nasi rodzice zginęli w wypadku samochodowym - powiedział starając się nie okazywać żadnych emocji. A wy? - dodał.
- Tata nas zostawił gdy Jazmyn miała 2 lata, a mamę ktoś zamordował przy nas - posmutniałem przypominając sobie cały zwrot akcji...
*
Staliśmy na stacji metro czekając na pociąg, który powoli nadjeżdżał w naszą stronę.
Drzwi się otworzyły, zza nich wyskoczyło dwóch facetów w kominiarkach.
Jeden z nich wyciągną broń, po czym kierując w klatkę piersiową mamy celnie w nią strzelił.
Odsunąłem się szybko i schowałem za sobą Jazzy.
Ciało mamy bezwładnie opadło na ziemię.
Szybko do niej podbiegłem i sprawdziłem puls, był niemal niewyczuwalny.
Nie mogąc opanować swoich uczuć popłakałem się, Jazym razem ze mną.
Oboje przytuliliśmy się mocno do mamy.
Zadzwoniłem po karetkę, przyjechali po kilku minutach.
Pojechaliśmy razem z nimi pogotowiem do szpitala.
Tam stwierdzili, że już nie da jej się uratować.
Zadzwonili do Domu Dziecka i nas tam zawieźli...
*
- Justin! Justin! - Chris krzyczał moje imię jednocześnie machając ręką przed moimi oczami.
- Przepraszam, zamyśliłem się - rzuciłem szybko.
- Przykro mi z powodu...
- Spoko - nie zdążył dokończyć, ponieważ mu przerwałem.
Zjedliśmy to okropne "jedzenie" i poszedłem z Jazzy po Caitlin.
- Jaka ona jest? - zapytała Jazmyn.
- Ona jest niesamowita i śliczna. Na pewno ją polubisz - powiedziałem i ją przytuliłem.
- Mam nadzieję - odpowiedziała wyrywając się z uścisku.
Po kilku minutach doszliśmy i zapukałem do drzwi.
- Hej Cait - powiedziałem i przytuliłem ją na powitanie.
- Hej Jus - odwzajemniła uścisk.
- Jazzy poznaj Caitlin, Caitlin poznaj Jazzy - uśmiechnęły się do siebie.
- Ty jesteś pewnie młodszą siostrą Justina, dużo mi o Tobie opowiadał - powiedziała wyrażnie.
Jazmyn uśmiechnęła się promiennie.
Szliśmy w stronę wesołego miasteczka.
Po kilku minutach byliśmy już na miejscu.
Właśnie mieliśmy przechodzić przez ulicę. Caitlin odebrała telefon dalej idąc. Zobaczyłem nadjeżdżający samochód.
- Co?! Nie! Jak to możliwe!? - krzyczała do słuchawki telefonu wciąż idąc przed siebie.
Cait nawet na chwile się nie zatrzymała, samochód zbliżał się coraz bliżej i bliżej.
Szybko podbiegłem do niej i mocno pociągnąłem ją do tyły, a Jazzy przyglądała się całemu przebiegowi zdarzeń.
Telefon wypadł jej z ręki.
- Ałaa - jęknęła wydychając powietrze, które nieświadomie przetrzymywała w buzi.
- Wszystko w pożądku? - zapytałem w troską.
- Justin... Uratowałeś mnie... - powiedziałam patrząc w moje oczy.
- Przecież przyjaciołom się pomaga - posłałem jej mój pełen uroku uśmiech, który odwzajemniła.
- Wszystko okej? - zapytałem troskliwie wydychając stare powietrze i wdychając nowe.
- Tak, tylko trochę kostka mnie boli - powiedziała i jęknęła cicho z bólu.
- Ee tam... Damy radę. Możesz chodzić? - spytałem pomagając jej wstać.
-Ee... Ałaa, boli - jęknęła szybko oddychając.
Popatrzałem na nią z wzrokiem małego zboczeńca i szybko wziąłem ją na ręce.
- Jeżeli nie możesz chodzić, to musimy sobie jakoś radzić - uśmiechnąłem się łobuzersko.
Poszliśmy do apteki. Caitlin i Jazzy zostały na zewnątrz.
Podszedłem do Cait i kazałem jej usiąść na schodach, wykonała moje polecenie.
Zdjąłem jej buta i delikatnie zabandażowałem jej kostkę.
- Już skończyłem, lepiej? - zapytałem
- O wiele lepiej - odpowiedziała mi z uśmiechem.
- Przepraszam, zepsułam Ci urodziny - powiedziała z poczuciem winy.
- Wcale nie, nie byłoby moich urodzin w ogóle gdybym nie poznał Ciebie.
Policzki Caitlin pokryły czerwone, duże rumieńce.
- A tak w ogóle kto dzwonił, że nie zwracałaś na nikogo uwagi? - zapytałem, a jej twarz zmieniła się z radosnej na ponurą i smutną....
___________________________________________________________________________________
Jest rozdział #4 Nie wiem czy wam się podobał, ale mam taką nadzieję <333 BOŻE JAK JA WAS KOCHAM! Jesteście cudowni. Jeżeli Was się podobało to komentujcie!
~ Believe <3
Justin jeszcze spał. Znalazłam w szufladzie kartkę i kredki. Jutro są jego urodziny.
Zaczęłam rysować i pisać, zrobiłam dość ładną laurkę dla mojego brata, myślę, że mu się spodoba. Przynajmniej to mogę dla niego zrobić, bardzo go kocham.
Wyglądała tak...
Zawsze mama mówiła, że mam talent do malowania. Często prosiła żebym jej coś narysowała. Była już 07:52, trzeba obudzić Justina.
Szybko wskoczyłam na łóżko i zaczęłam po nim skakać.
- Co jest? - zapytał mój brat przecierając zaspane oczy.
- Niespodzianka! - krzyknęłam. Wszystkiego najlepszego - dodałam po chwili i podałam mu kartkę.
- Dziękuję, jesteś kochana - powiedział i mnie przytulił.
- Pójdziemy dzisiaj gdzieś? - zapytałam z nadzieją.
- Tak jasne i kogoś Ci przedstawię - uśmiechnął się zadziornie.
- Kogo? - zapytałam zaciekawiona.
- Niespodzianka.
- No dobrze - zgodziłam się i poszłam do łazienki umyć się, a po mnie Justin.
*Justin*
Ciszę się, że Jazzy pamiętała o moich urodzinach, to było miłe. Dobrze mama mówiła, ona ma talent do rysowania, ale to co kocha to taniec. Niech dąży do spełnienia marzeń :)
Wybiła 9:00 wszyscy poszli na stołówkę. Wzięliśmy jedzenie po czym usiedliśmy na miejsca.
Koło nas usiadła Kelsey wraz ze swoim bratem Chrisem.
- Hej - przywitałem się.
- Cześć - odpowiedzieli równocześnie.
Jedliśmy w ciszy, którą po chwili przerwałem.
- Emm... Jak wy tutaj trafiliście? - zapytałem jąkając się.
- Nasi rodzice zginęli w wypadku samochodowym - powiedział starając się nie okazywać żadnych emocji. A wy? - dodał.
- Tata nas zostawił gdy Jazmyn miała 2 lata, a mamę ktoś zamordował przy nas - posmutniałem przypominając sobie cały zwrot akcji...
*
Staliśmy na stacji metro czekając na pociąg, który powoli nadjeżdżał w naszą stronę.
Drzwi się otworzyły, zza nich wyskoczyło dwóch facetów w kominiarkach.
Jeden z nich wyciągną broń, po czym kierując w klatkę piersiową mamy celnie w nią strzelił.
Odsunąłem się szybko i schowałem za sobą Jazzy.
Ciało mamy bezwładnie opadło na ziemię.
Szybko do niej podbiegłem i sprawdziłem puls, był niemal niewyczuwalny.
Nie mogąc opanować swoich uczuć popłakałem się, Jazym razem ze mną.
Oboje przytuliliśmy się mocno do mamy.
Zadzwoniłem po karetkę, przyjechali po kilku minutach.
Pojechaliśmy razem z nimi pogotowiem do szpitala.
Tam stwierdzili, że już nie da jej się uratować.
Zadzwonili do Domu Dziecka i nas tam zawieźli...
*
- Justin! Justin! - Chris krzyczał moje imię jednocześnie machając ręką przed moimi oczami.
- Przepraszam, zamyśliłem się - rzuciłem szybko.
- Przykro mi z powodu...
- Spoko - nie zdążył dokończyć, ponieważ mu przerwałem.
Zjedliśmy to okropne "jedzenie" i poszedłem z Jazzy po Caitlin.
- Jaka ona jest? - zapytała Jazmyn.
- Ona jest niesamowita i śliczna. Na pewno ją polubisz - powiedziałem i ją przytuliłem.
- Mam nadzieję - odpowiedziała wyrywając się z uścisku.
Po kilku minutach doszliśmy i zapukałem do drzwi.
- Hej Cait - powiedziałem i przytuliłem ją na powitanie.
- Hej Jus - odwzajemniła uścisk.
- Jazzy poznaj Caitlin, Caitlin poznaj Jazzy - uśmiechnęły się do siebie.
- Ty jesteś pewnie młodszą siostrą Justina, dużo mi o Tobie opowiadał - powiedziała wyrażnie.
Jazmyn uśmiechnęła się promiennie.
Szliśmy w stronę wesołego miasteczka.
Po kilku minutach byliśmy już na miejscu.
Właśnie mieliśmy przechodzić przez ulicę. Caitlin odebrała telefon dalej idąc. Zobaczyłem nadjeżdżający samochód.
- Co?! Nie! Jak to możliwe!? - krzyczała do słuchawki telefonu wciąż idąc przed siebie.
Cait nawet na chwile się nie zatrzymała, samochód zbliżał się coraz bliżej i bliżej.
Szybko podbiegłem do niej i mocno pociągnąłem ją do tyły, a Jazzy przyglądała się całemu przebiegowi zdarzeń.
Telefon wypadł jej z ręki.
- Ałaa - jęknęła wydychając powietrze, które nieświadomie przetrzymywała w buzi.
- Wszystko w pożądku? - zapytałem w troską.
- Justin... Uratowałeś mnie... - powiedziałam patrząc w moje oczy.
- Przecież przyjaciołom się pomaga - posłałem jej mój pełen uroku uśmiech, który odwzajemniła.
- Wszystko okej? - zapytałem troskliwie wydychając stare powietrze i wdychając nowe.
- Tak, tylko trochę kostka mnie boli - powiedziała i jęknęła cicho z bólu.
- Ee tam... Damy radę. Możesz chodzić? - spytałem pomagając jej wstać.
-Ee... Ałaa, boli - jęknęła szybko oddychając.
Popatrzałem na nią z wzrokiem małego zboczeńca i szybko wziąłem ją na ręce.
- Jeżeli nie możesz chodzić, to musimy sobie jakoś radzić - uśmiechnąłem się łobuzersko.
Poszliśmy do apteki. Caitlin i Jazzy zostały na zewnątrz.
Podszedłem do Cait i kazałem jej usiąść na schodach, wykonała moje polecenie.
Zdjąłem jej buta i delikatnie zabandażowałem jej kostkę.
- Już skończyłem, lepiej? - zapytałem
- O wiele lepiej - odpowiedziała mi z uśmiechem.
- Przepraszam, zepsułam Ci urodziny - powiedziała z poczuciem winy.
- Wcale nie, nie byłoby moich urodzin w ogóle gdybym nie poznał Ciebie.
Policzki Caitlin pokryły czerwone, duże rumieńce.
- A tak w ogóle kto dzwonił, że nie zwracałaś na nikogo uwagi? - zapytałem, a jej twarz zmieniła się z radosnej na ponurą i smutną....
___________________________________________________________________________________
Jest rozdział #4 Nie wiem czy wam się podobał, ale mam taką nadzieję <333 BOŻE JAK JA WAS KOCHAM! Jesteście cudowni. Jeżeli Was się podobało to komentujcie!
~ Believe <3
piątek, 12 lipca 2013
Rozdział #3
*Justin*
Następny dzień w tym piekle. Już jutro moje urodziny, i tylko 2 lata gnicia tutaj. Jest godzina 10:00. Jazzy bawi się z Kelsey w ich pokoju jakimiś szmaciankami. Wyszedłem na dwór przewietrzyć się, myśląc cały czas o tym dziwnym śnie... "Czy Franklin zabił Pattie? Czy grozi niebezpieczeństwo mi lub Jazzy?" - te myśli chodziły mi w kółko po głowie...
*2 godziny później*
*Stołówka*
Byłem na stołówce. Za chwile miał być obiad, a raczej papka nazywana u nich "jedzeniem" którą wynoszą z kuchni. Niby chcą abyśmy przeżyli tutaj dzieciństwo, a dają nam jakąś papę na talerzu z dodatkiem soli...
- Hej! Justin ! - zawołał Christian z końca stołówki, po czym do mnie podbiegł.
- Hej Chris, co jest ? - odpowiedziałem.
- Słuchaj musisz jak najszybciej ze mną pójść !
- Dlaczego ? Co się dzieje ?
-Chodzi o twoją siostrę ! Szybko !
Pobiegliśmy w stronę pokoju Jazzy, zaniepokojony ja miałem już najgorsze scenariusze w głowie. Bałem się, że coś się jej stało. Wreszcie dobiegliśmy. Zauważyłem ją całą zapłakaną i wystraszoną.
-Co jest mała ?! Nic ci się nie stało ? Jesteś cała ?! - zaniepokojony zadawałem jej tysiące pytań. Aż wreszcie wyszeptała mi na ucho.
-Położyłam się na chwile spać i miałam straszny sen Justin....
-Jaki ? - wyszeptałem.
-Był tam ten Pan co dał nam pieniądze jak byliśmy pod mostem. Miał w kieszeni pistolet. Próbował mnie zabić. - wyszeptała.
W tym momencie osłupiałem. Nie wiedziałem co powiedzieć. To był ten sam sen który miałem ja. Co to znaczy ? Czy mamy sny prorocze ? Czy Franklin jest rzeczywiście zabójcą ?
-Spokojnie Jazzy... to tylko sen... Nikt, ale to NIKT nie zrobi Tobie krzywdy dopóki jestem przy Tobie. Rozumiesz ? - odpowiedziałem po czym przytuliłem ją z całych sił i pocałowałem w czoło.
-A teraz chodźmy na obiad... - powiedziałem po cichu.
Wychodząc z Jazzy z jej pokoju dołączyła do nas Kelsey i zaczęły rozmawiać o tym co dzisiaj jemy.
Po chwili zauważyłem Christiana. Podbiegłem to niego i powiedziałem:
-Hej Chris ! Słuchaj, wielkie dzięki że mnie powiadomiłeś że coś się dzieje z Jazzy. Mam u Ciebie dług.
-Nie ma sprawy. A słuchaj... powiesz mi o co chodziło ? Na prawdę się wystraszyłem jak ją taką zobaczyłem ... - odpowiedział mi Christian.
-Bardzo chciałbym Ci powiedzieć ... ale rozumiesz, sprawa między bratem a siostrą. Nie pogniewaj się.
-Och.... Rozumiem, spokojnie nie gniewam się. Mam tylko nadzieję że nic jej nie będzie.
Po czym uśmiechnął się do mnie a ja do niego.
Usiadłem przy jednym stole z Jazzy,Kelsey i Chrisem i jedliśmy to... "coś".
-Ble ! Justin to jest obrzydliwe ! - powiedziała Jazzy i odsunęła talerz od siebie.
-Wiem mała, ale zrozum że musimy to zjeść... - odpowiedziałem.
-Właśnie ! Twój brat ma racje, musimy "to" zjeść aby mieć energie i żeby inni się nas nie czepiali. - powiedziała Kelsey.
-Okeeej.... - powiedziała Jazzy po czym sięgnęła po talerz.
Mogło by się wydawać że zjemy ten posiłek w spokoju, ale niestety tak nie było...
Jazzy i Kelsey jadły i rozmawiały śmiejąc się po cichu, nagle jakiś wielki pajac złapał Jazzy i podniósł do góry i patrząc się jej prosto w oczy powiedział:
-Co cię tak śmieszy, gówniaro ? Wpier**laj a nie gadasz ! - po czym ją rzucił na ziemię, a mała się rozpłakała trzymając się za kolano mówiąc do mnie:
-...Justin... zabij gnoja !
Tak czy siak postawiłem się kolosowi mówiąc:
-I co ? Masz satysfakcje z tego że uderzyłeś 11-to latke ?! - powiedziałem.
-Justin... na prawdę przestań - wyszeptał po cichu Christian.
-Ha ! A co cię to, lalusiu ? - powiedział bydlak po czym pchnął mnie na Chrisa.
-Słuchaj skur***lu ! Możesz bić mnie, ale nie moją siostrę !
-Dobra... zobaczymy na co cię stać, cioto ! - po czym rzucił się na mnie z pięściami.
Okładaliśmy się po twarzy pięściami i szarpaliśmy się. Dookoła cała stołówka się na nas gapiła, a my nie zamierzaliśmy się przestać bić. Padałem z sił a kolos nabierał na sile. Wreszcie zjawił się dyrektor Domu Dziecka i nas rozdzielił.
-Co wy do cholery wyrabiacie ?! - powiedział.
-To on zaczął.... uderzył moją siostrę, ja tylko działałem w jej obronie. - powiedziałem wycierając o jakąś chusteczkę mój zakrwawiony nos.
-Ach tak.... widzę że ktoś tutaj lubi się popisywać.... Więc pójdziesz ze mną, Dreake. - powiedział dyrektor do kolosa, który tam na prawdę nazywał się Dreake. Złapał go za ucho i poszedł z nim nie wiadomo gdzie.
-Nic ci nie jest Justin ? Nie masz złamanego nosa ? - Zapytał mnie troskliwie Christian.
-Nie, wszystko w porządku. Nos też cały. Dzięki. A ty mała ? Jak się czujesz ? - powiedziałem patrząc na Jazzy.
-Dobrze duży.... Dziękuje że mnie obroniłeś... - odpowiedziała Jazmine z uśmiechem na twarzy.
-Nie ma za co.
-Dobra, lepiej chodźmy do pielęgniarki. Musi obejrzeć twój nos. - powiedzał do mnie Chris.
-Okej, chodźmy. - odpowiedziałem.
*3 godziny później*
Wyszedłem od pielęgniarki, naszczęście nic mi się nie stało z nosem. Poszedłem się przewietrzyć, spotkałem tam Caitlin. Płakała.
-Hej Caitlin... co jest ? - zapytałem.
-Hej Justin... nie chcę o tym rozmawiać... - odpowiedziała.
-Powiedz, proszę. Chodź, usiądźmy. - powiedziałem i usiedliśmy na ławce.
-Bo... chodzi o chłopaka...
-Co się stało ? - zapytałem troskliwie.
-Rzucił mnie dla mojej siostry...
-Tak po prostu ?
-Tak ! Widziałam ich jak się obściskiwali, podeszłam do niego i uderzyłam go w twarz i uciekłam...
-Co za dupek - mruknąłem pod nosem.
-Dupek którego kocham, Justin !
-Znajdziesz sobie innego. To nie miłość, tylko zauroczenie. Miłość jest wtedy kiedy druga osoba Ciebie też kocha, i nie zdradza z siostrą.
-Masz racje... On jest przeszłością...
Przytuliłem ją i poszliśmy na krótki spacer. Rozmawialiśmy trochę o jej związku i trochę o tym jak ja się tutaj znalazłem.
-Jezu... po prostu wycelował jej w serce i wystrzelił ?! - zapytała.
-Tak... na oczach moich i mojej siostry.... -odpowiedziałem.
-Co za brutal.. nawet nie wiesz jak mi Cię żal..
-Dzięki. Mieliśmy razem z mamą wybrać się jutro do Wesołego Miasteczka.
-Dlaczego jutro ?
-Jutro mam 16 urodziny. Będę musiał je spędzić sam z siostrą.
Zatrzymaliśmy się. Ona mnie pocałowała i patrząc mi w oczy powiedziała:
-I ze mną....
Nie wiedziałem co powiedzieć, stałem wryty w ziemię. Przecież jej jeszcze za dobrze nie znam, a jeszcze przed chwilą rozpaczała że chłopak ją rzucił... !
-J..Ja przepraszam... to był odruch.. poniosły mnie emocje. Przepraszam. - powiedziała zawstydzona.
-Nic nie szkodzi. - odpowiedziałem również zszokowany uśmiechając się do niej.
Chodziliśmy jeszcze z godzinę czy dwie i rozmawialiśmy sobie o wszystkim, o muzyce, życiu i miłości. Nagle przypomniałem sobie że muszę iść na kolacje.
-Jezu ! Caitlin, przepraszam Ciebie, muszę już iść. -powiedziałem.
-Dobrze. Pa.
-Pa, do jutra ?
-Tak. -odpowiedziała z uśmiechem.
W nocy cały czas o niej myślałem. Nie mogłem o niej zapomnieć. Chyba się zakochałem...
__________________________________________________________________________________I to tyle ! :) Jak wrażenia ? Za krótkie czy może być ? Następny rozdział niedługo, a napisze go Laura ! ^^ /Sebass
Następny dzień w tym piekle. Już jutro moje urodziny, i tylko 2 lata gnicia tutaj. Jest godzina 10:00. Jazzy bawi się z Kelsey w ich pokoju jakimiś szmaciankami. Wyszedłem na dwór przewietrzyć się, myśląc cały czas o tym dziwnym śnie... "Czy Franklin zabił Pattie? Czy grozi niebezpieczeństwo mi lub Jazzy?" - te myśli chodziły mi w kółko po głowie...
*2 godziny później*
*Stołówka*
Byłem na stołówce. Za chwile miał być obiad, a raczej papka nazywana u nich "jedzeniem" którą wynoszą z kuchni. Niby chcą abyśmy przeżyli tutaj dzieciństwo, a dają nam jakąś papę na talerzu z dodatkiem soli...
- Hej! Justin ! - zawołał Christian z końca stołówki, po czym do mnie podbiegł.
- Hej Chris, co jest ? - odpowiedziałem.
- Słuchaj musisz jak najszybciej ze mną pójść !
- Dlaczego ? Co się dzieje ?
-Chodzi o twoją siostrę ! Szybko !
Pobiegliśmy w stronę pokoju Jazzy, zaniepokojony ja miałem już najgorsze scenariusze w głowie. Bałem się, że coś się jej stało. Wreszcie dobiegliśmy. Zauważyłem ją całą zapłakaną i wystraszoną.
-Co jest mała ?! Nic ci się nie stało ? Jesteś cała ?! - zaniepokojony zadawałem jej tysiące pytań. Aż wreszcie wyszeptała mi na ucho.
-Położyłam się na chwile spać i miałam straszny sen Justin....
-Jaki ? - wyszeptałem.
-Był tam ten Pan co dał nam pieniądze jak byliśmy pod mostem. Miał w kieszeni pistolet. Próbował mnie zabić. - wyszeptała.
W tym momencie osłupiałem. Nie wiedziałem co powiedzieć. To był ten sam sen który miałem ja. Co to znaczy ? Czy mamy sny prorocze ? Czy Franklin jest rzeczywiście zabójcą ?
-Spokojnie Jazzy... to tylko sen... Nikt, ale to NIKT nie zrobi Tobie krzywdy dopóki jestem przy Tobie. Rozumiesz ? - odpowiedziałem po czym przytuliłem ją z całych sił i pocałowałem w czoło.
-A teraz chodźmy na obiad... - powiedziałem po cichu.
Wychodząc z Jazzy z jej pokoju dołączyła do nas Kelsey i zaczęły rozmawiać o tym co dzisiaj jemy.
Po chwili zauważyłem Christiana. Podbiegłem to niego i powiedziałem:
-Hej Chris ! Słuchaj, wielkie dzięki że mnie powiadomiłeś że coś się dzieje z Jazzy. Mam u Ciebie dług.
-Nie ma sprawy. A słuchaj... powiesz mi o co chodziło ? Na prawdę się wystraszyłem jak ją taką zobaczyłem ... - odpowiedział mi Christian.
-Bardzo chciałbym Ci powiedzieć ... ale rozumiesz, sprawa między bratem a siostrą. Nie pogniewaj się.
-Och.... Rozumiem, spokojnie nie gniewam się. Mam tylko nadzieję że nic jej nie będzie.
Po czym uśmiechnął się do mnie a ja do niego.
Usiadłem przy jednym stole z Jazzy,Kelsey i Chrisem i jedliśmy to... "coś".
-Ble ! Justin to jest obrzydliwe ! - powiedziała Jazzy i odsunęła talerz od siebie.
-Wiem mała, ale zrozum że musimy to zjeść... - odpowiedziałem.
-Właśnie ! Twój brat ma racje, musimy "to" zjeść aby mieć energie i żeby inni się nas nie czepiali. - powiedziała Kelsey.
-Okeeej.... - powiedziała Jazzy po czym sięgnęła po talerz.
Mogło by się wydawać że zjemy ten posiłek w spokoju, ale niestety tak nie było...
Jazzy i Kelsey jadły i rozmawiały śmiejąc się po cichu, nagle jakiś wielki pajac złapał Jazzy i podniósł do góry i patrząc się jej prosto w oczy powiedział:
-Co cię tak śmieszy, gówniaro ? Wpier**laj a nie gadasz ! - po czym ją rzucił na ziemię, a mała się rozpłakała trzymając się za kolano mówiąc do mnie:
-...Justin... zabij gnoja !
Tak czy siak postawiłem się kolosowi mówiąc:
-I co ? Masz satysfakcje z tego że uderzyłeś 11-to latke ?! - powiedziałem.
-Justin... na prawdę przestań - wyszeptał po cichu Christian.
-Ha ! A co cię to, lalusiu ? - powiedział bydlak po czym pchnął mnie na Chrisa.
-Słuchaj skur***lu ! Możesz bić mnie, ale nie moją siostrę !
-Dobra... zobaczymy na co cię stać, cioto ! - po czym rzucił się na mnie z pięściami.
Okładaliśmy się po twarzy pięściami i szarpaliśmy się. Dookoła cała stołówka się na nas gapiła, a my nie zamierzaliśmy się przestać bić. Padałem z sił a kolos nabierał na sile. Wreszcie zjawił się dyrektor Domu Dziecka i nas rozdzielił.
-Co wy do cholery wyrabiacie ?! - powiedział.
-To on zaczął.... uderzył moją siostrę, ja tylko działałem w jej obronie. - powiedziałem wycierając o jakąś chusteczkę mój zakrwawiony nos.
-Ach tak.... widzę że ktoś tutaj lubi się popisywać.... Więc pójdziesz ze mną, Dreake. - powiedział dyrektor do kolosa, który tam na prawdę nazywał się Dreake. Złapał go za ucho i poszedł z nim nie wiadomo gdzie.
-Nic ci nie jest Justin ? Nie masz złamanego nosa ? - Zapytał mnie troskliwie Christian.
-Nie, wszystko w porządku. Nos też cały. Dzięki. A ty mała ? Jak się czujesz ? - powiedziałem patrząc na Jazzy.
-Dobrze duży.... Dziękuje że mnie obroniłeś... - odpowiedziała Jazmine z uśmiechem na twarzy.
-Nie ma za co.
-Dobra, lepiej chodźmy do pielęgniarki. Musi obejrzeć twój nos. - powiedzał do mnie Chris.
-Okej, chodźmy. - odpowiedziałem.
*3 godziny później*
Wyszedłem od pielęgniarki, naszczęście nic mi się nie stało z nosem. Poszedłem się przewietrzyć, spotkałem tam Caitlin. Płakała.
-Hej Caitlin... co jest ? - zapytałem.
-Hej Justin... nie chcę o tym rozmawiać... - odpowiedziała.
-Powiedz, proszę. Chodź, usiądźmy. - powiedziałem i usiedliśmy na ławce.
-Bo... chodzi o chłopaka...
-Co się stało ? - zapytałem troskliwie.
-Rzucił mnie dla mojej siostry...
-Tak po prostu ?
-Tak ! Widziałam ich jak się obściskiwali, podeszłam do niego i uderzyłam go w twarz i uciekłam...
-Co za dupek - mruknąłem pod nosem.
-Dupek którego kocham, Justin !
-Znajdziesz sobie innego. To nie miłość, tylko zauroczenie. Miłość jest wtedy kiedy druga osoba Ciebie też kocha, i nie zdradza z siostrą.
-Masz racje... On jest przeszłością...
Przytuliłem ją i poszliśmy na krótki spacer. Rozmawialiśmy trochę o jej związku i trochę o tym jak ja się tutaj znalazłem.
-Jezu... po prostu wycelował jej w serce i wystrzelił ?! - zapytała.
-Tak... na oczach moich i mojej siostry.... -odpowiedziałem.
-Co za brutal.. nawet nie wiesz jak mi Cię żal..
-Dzięki. Mieliśmy razem z mamą wybrać się jutro do Wesołego Miasteczka.
-Dlaczego jutro ?
-Jutro mam 16 urodziny. Będę musiał je spędzić sam z siostrą.
Zatrzymaliśmy się. Ona mnie pocałowała i patrząc mi w oczy powiedziała:
-I ze mną....
Nie wiedziałem co powiedzieć, stałem wryty w ziemię. Przecież jej jeszcze za dobrze nie znam, a jeszcze przed chwilą rozpaczała że chłopak ją rzucił... !
-J..Ja przepraszam... to był odruch.. poniosły mnie emocje. Przepraszam. - powiedziała zawstydzona.
-Nic nie szkodzi. - odpowiedziałem również zszokowany uśmiechając się do niej.
Chodziliśmy jeszcze z godzinę czy dwie i rozmawialiśmy sobie o wszystkim, o muzyce, życiu i miłości. Nagle przypomniałem sobie że muszę iść na kolacje.
-Jezu ! Caitlin, przepraszam Ciebie, muszę już iść. -powiedziałem.
-Dobrze. Pa.
-Pa, do jutra ?
-Tak. -odpowiedziała z uśmiechem.
W nocy cały czas o niej myślałem. Nie mogłem o niej zapomnieć. Chyba się zakochałem...
__________________________________________________________________________________I to tyle ! :) Jak wrażenia ? Za krótkie czy może być ? Następny rozdział niedługo, a napisze go Laura ! ^^ /Sebass
Rozdział #2
22:00 Justin i Jazzy chcąc nie chcąc położyli się spać. W tym strasznym miejscu panowały okropne zasady...
- Justin... A co jeśli nikt nas nie polubi tutaj? - zapytała zasmucona Jazmyn.
- Na pewno będziesz miała tutaj wielu przyjaciół. Obiecuję Ci to - odpowiedział i przytulił ją mocno, muskając jej czoło.
- Obiecujesz?
- Obiecuję, a teraz chodźmy spać. Ten dzień z pewnością nie należy do najlepszych.
Jus przytulił siostrę, po czym odpłynął do krainy Morfeusza.
*Justin*
*Następnego dnia*
Opiekunowie budzili wszystkich o 08:00. Wstaliśmy z łóżka i po kolei szliśmy do łazienki. O 09:00 wszyscy musieli stawić się na stołówce, jeżeli można to tak nazwać. Usiedliśmy na, krzesłach? Szczerze to nie wiem jak można nazywać te wszystkie znajdujące się tam rzeczy, nie były one zbyt zadbane.
Zjedliśmy coś co w ogóle nie wyglądało jak jedzenie, no ale cóż. Liczą się dobre chęci.
Jazmyn poszła do pokoju. Ja stanąłem w kolejce po wodę.
- To ty jesteś ten nowy, jak ci tam... Bieber - powiedział jakiś chłopak.
- Tak, a ty to? - zapytałem mierząc go wzrokiem.
- Christian Beadles - odpowiedział podając mi rękę.
- Miło mi - mruknąłem cicho i ścisnąłem jego rękę.
- Mi też - rzucił szybko.
Odwróciłem się do niego plecami, wziąłem dwie wody i ruszyłem przed siebie.
Wszedłem do pokoju i moim oczom ukazała sie szczęśliwa Jazzy. Rozmawiała z jakąś koleżanką.
- Hej mała, co jest? - zapytałem siadają obok niej.
- Hej duży, to moja koleżanka Kelsey - powiedziała i wróciła do rozmowy z nią.
Postanowiłem, że pójdę na spacer. Za długą namową opiekunki wyszedłem z budynku.
Miałem przy sobie trochę drobniaków. Zaszedłem do małego sklepu po drodze. Kupiłem kilka rzeczy.
Jedząc lizaka szedłem przed siebie, ze wzrokiem wbitym w ziemię.
Naglę wpadłem na kogoś.
- Auuć - powiedziała dziewczyna.
- Przepraszam, naprawdę bardzo Cię przepraszam - powiedziałem i pomogłem wstać nieznajomej, która w tym momencie leżała na ziemi.
- Nic się nie stało - powiedziało podnosząc się.
- Nic Ci nie jest? - zapytałem troskliwie.
- Nie, ale dziękuję - uśmiechnęła się.
- Może zacznijmy od początku, bo to powitanie nie było za fajne - zaśmialiśmy się. Cześć jestem Justin, a ty? zapytałem piękność.
- Cześć, Caitlin.
- Gdzie idziesz? - zapytałem.
- Do domu - odpowiedziała z uśmiechem.
- Odprowadzę Cię.
Szliśmy prosto, ciemną uliczką. Po kilku minutach byliśmy na miejscu.
- To tutaj mieszkam - powiedziała Cait, przytuliłem ją.
- Dasz mi swój numer? - zapytałem
- Tak, jasne.
Dałem jej swój telefon, a ona mi zapisała numer.
- Do zobaczenia.
- Pa.
Pożegnaliśmy się i wróciłem do mojego tymczasowego "mieszkania".
Jazmyn spała jak aniołek. Jest naprawdę śliczną dziewczynas i wierze, że kiedyś spotka chłopaka swoich marzeń.
Za dwa dni kończę 16 lat.
- Jeszcze tylko 2 lata siedzenia w tej dziurze - mruknąłem pod nosem.
Wszedłem do łazienki i wziąłem szybki prysznic. Nałożyłem krótkie spodenki i położyłem się do łóżka.
Od razu usnąłem...
*
Szedłem długim, ciemnym korytarzem. Nagle zauważyłem światło. Ruszyłem w jego stronę.
To miejsce w którym aktualnie się znajdowałem nie miało końca.
Zauważyłem w rogu krzesło, podszedłem do niego.
Siedziała na nim.... Siedziała na nim Jazzy, moja mama. Była przywiązana grubymi sznurami, a usta miała zaklejone czarną taśmą. Jej oczy były zamknięte, a na twarzy i rękach widać było szramy.
Dotknąłem jej nadgarstka, puls był niewyczuwalny.
Spojrzałem na nią, pocałowałem ją w policzek. Po moim policzku poleciała łza, a po niej następna i następna.
- Nie!!! - krzyczałem do siebie. Tylko nie to - powiedziałem ciszej i nieco spokojniej.
Koło krzesła leżał nóż. Bez zastanowienia przejechałem nim po nadgarstku. Czułem straszny ból, ale nie ból po cięciu się, bo to było niczym do bólu który czułem w sercu. Przejechałem jeszcze raz, nagle koło Jazmyn stanął jakiś facet.... Franklin...
*
Zerwałem się z łóżka, spojrzałem na leżącą obok Jazzy i odetchnąłem z ulgą. Potem zerknąłem na nadgarstki, były czyste.
- Czyli to tylko sen - mruknąłem cicho do siebie.
Była 07:50.
Co znaczył ten Franklin? To on stanął koło Jazzy i miał ręce całe w krwi, a z kieszeni wystawała broń.
W moim śnie to on zabił Jazzy! Muszę ją teraz ochraniać, nie wiem co może odbić temu czubkowi.
Ale skoro on "zabił" Jazmyn to może to mi daje jakiś znak. Może zabił kogoś jeszcze, kogoś kto miał w moim życiu duże znaczenie...
___________________________________________________________________________________
Bardzo, ale to bardzo was przepraszam, że taki krótki, ale no cóż... Nie miałam za bardzo czasu. Następny rozdział napiszę Sebastian. A ja będę pisała #4 postaram się, żeby był dłuższy :)
I bardzo was proszę o komentarze, to wiele dla nas znaczy :DDD
~ Believe <3
- Justin... A co jeśli nikt nas nie polubi tutaj? - zapytała zasmucona Jazmyn.
- Na pewno będziesz miała tutaj wielu przyjaciół. Obiecuję Ci to - odpowiedział i przytulił ją mocno, muskając jej czoło.
- Obiecujesz?
- Obiecuję, a teraz chodźmy spać. Ten dzień z pewnością nie należy do najlepszych.
Jus przytulił siostrę, po czym odpłynął do krainy Morfeusza.
*Justin*
*Następnego dnia*
Opiekunowie budzili wszystkich o 08:00. Wstaliśmy z łóżka i po kolei szliśmy do łazienki. O 09:00 wszyscy musieli stawić się na stołówce, jeżeli można to tak nazwać. Usiedliśmy na, krzesłach? Szczerze to nie wiem jak można nazywać te wszystkie znajdujące się tam rzeczy, nie były one zbyt zadbane.
Zjedliśmy coś co w ogóle nie wyglądało jak jedzenie, no ale cóż. Liczą się dobre chęci.
Jazmyn poszła do pokoju. Ja stanąłem w kolejce po wodę.
- To ty jesteś ten nowy, jak ci tam... Bieber - powiedział jakiś chłopak.
- Tak, a ty to? - zapytałem mierząc go wzrokiem.
- Christian Beadles - odpowiedział podając mi rękę.
- Miło mi - mruknąłem cicho i ścisnąłem jego rękę.
- Mi też - rzucił szybko.
Odwróciłem się do niego plecami, wziąłem dwie wody i ruszyłem przed siebie.
Wszedłem do pokoju i moim oczom ukazała sie szczęśliwa Jazzy. Rozmawiała z jakąś koleżanką.
- Hej mała, co jest? - zapytałem siadają obok niej.
- Hej duży, to moja koleżanka Kelsey - powiedziała i wróciła do rozmowy z nią.
Postanowiłem, że pójdę na spacer. Za długą namową opiekunki wyszedłem z budynku.
Miałem przy sobie trochę drobniaków. Zaszedłem do małego sklepu po drodze. Kupiłem kilka rzeczy.
Jedząc lizaka szedłem przed siebie, ze wzrokiem wbitym w ziemię.
Naglę wpadłem na kogoś.
- Auuć - powiedziała dziewczyna.
- Przepraszam, naprawdę bardzo Cię przepraszam - powiedziałem i pomogłem wstać nieznajomej, która w tym momencie leżała na ziemi.
- Nic się nie stało - powiedziało podnosząc się.
- Nic Ci nie jest? - zapytałem troskliwie.
- Nie, ale dziękuję - uśmiechnęła się.
- Może zacznijmy od początku, bo to powitanie nie było za fajne - zaśmialiśmy się. Cześć jestem Justin, a ty? zapytałem piękność.
- Cześć, Caitlin.
- Gdzie idziesz? - zapytałem.
- Do domu - odpowiedziała z uśmiechem.
- Odprowadzę Cię.
Szliśmy prosto, ciemną uliczką. Po kilku minutach byliśmy na miejscu.
- To tutaj mieszkam - powiedziała Cait, przytuliłem ją.
- Dasz mi swój numer? - zapytałem
- Tak, jasne.
Dałem jej swój telefon, a ona mi zapisała numer.
- Do zobaczenia.
- Pa.
Pożegnaliśmy się i wróciłem do mojego tymczasowego "mieszkania".
Jazmyn spała jak aniołek. Jest naprawdę śliczną dziewczynas i wierze, że kiedyś spotka chłopaka swoich marzeń.
Za dwa dni kończę 16 lat.
- Jeszcze tylko 2 lata siedzenia w tej dziurze - mruknąłem pod nosem.
Wszedłem do łazienki i wziąłem szybki prysznic. Nałożyłem krótkie spodenki i położyłem się do łóżka.
Od razu usnąłem...
*
Szedłem długim, ciemnym korytarzem. Nagle zauważyłem światło. Ruszyłem w jego stronę.
To miejsce w którym aktualnie się znajdowałem nie miało końca.
Zauważyłem w rogu krzesło, podszedłem do niego.
Siedziała na nim.... Siedziała na nim Jazzy, moja mama. Była przywiązana grubymi sznurami, a usta miała zaklejone czarną taśmą. Jej oczy były zamknięte, a na twarzy i rękach widać było szramy.
Dotknąłem jej nadgarstka, puls był niewyczuwalny.
Spojrzałem na nią, pocałowałem ją w policzek. Po moim policzku poleciała łza, a po niej następna i następna.
- Nie!!! - krzyczałem do siebie. Tylko nie to - powiedziałem ciszej i nieco spokojniej.
Koło krzesła leżał nóż. Bez zastanowienia przejechałem nim po nadgarstku. Czułem straszny ból, ale nie ból po cięciu się, bo to było niczym do bólu który czułem w sercu. Przejechałem jeszcze raz, nagle koło Jazmyn stanął jakiś facet.... Franklin...
*
Zerwałem się z łóżka, spojrzałem na leżącą obok Jazzy i odetchnąłem z ulgą. Potem zerknąłem na nadgarstki, były czyste.
- Czyli to tylko sen - mruknąłem cicho do siebie.
Była 07:50.
Co znaczył ten Franklin? To on stanął koło Jazzy i miał ręce całe w krwi, a z kieszeni wystawała broń.
W moim śnie to on zabił Jazzy! Muszę ją teraz ochraniać, nie wiem co może odbić temu czubkowi.
Ale skoro on "zabił" Jazmyn to może to mi daje jakiś znak. Może zabił kogoś jeszcze, kogoś kto miał w moim życiu duże znaczenie...
___________________________________________________________________________________
Bardzo, ale to bardzo was przepraszam, że taki krótki, ale no cóż... Nie miałam za bardzo czasu. Następny rozdział napiszę Sebastian. A ja będę pisała #4 postaram się, żeby był dłuższy :)
I bardzo was proszę o komentarze, to wiele dla nas znaczy :DDD
~ Believe <3
czwartek, 11 lipca 2013
Rozdział #1
Dwoje Ludzi - Dwa Światy - Jedna miłość...
Kanada. Obskurna gangsterska dzielnica. Pod jednym z mostów obok którego roi się od wojen gangów mieszka 33-letnia Pattie wraz z dziećmi: 15-sto letnim Justinem i 11-sto letnią Jazmine. Żyją zbierając po śmietnikach oraz z kradzieży drobnych pieniędzy. Czasami uda im się zarobić kilka $ dzięki Justinowi gdyż jest on niezwykle uzdolnionym perkusistą. Gra na czym popadnie, śmietnikach, kafelkach a nawet na centach. Szczęście im sprzyja, ponieważ obok tego mostu często przechodzą grube ryby które dadzą im trochę centów. Pewnego dnia był taki dzień, kiedy zatrzymał się obok nich młody biznesmen, 29-letni Franklin, który postanowił dać aż 100 $ dla śpiewającego Justina.
-Dobry Boże ! Nie wiem jak Panu dziękować ! Spokojnie wyżyjemy z tego kilka miesięcy ! Dziękujemy ! - powiedziała uradowana Pattie do nieznajomego.
-Drobiazg. - Odpowiedział nieznajomy patrząc z uśmiechem na Justina i Jazmine. Ładne dzieci... - powiedział.
Pattie podejrzewając zamiary bogacza opluła mu twarz i uderzyła w krocze. Dzieci przytuliły się nawzajem i zamknęły oczy.
-Co Pani wyprawia ?! Ja tutaj łaskawie daje wam, biedacy, pieniądze i mówię że ma pani ładne dzieci, a oto co dostaję w nagrodę! -odpowiedział rozzłoszczony Franklin.
-Ja ci dam pedofilu! Już wiem co chciałeś zrobić.. znam takich jak ty ! -odpowiedziała rozzłoszczona Pattie.
-Co?! Ja? Pedofil? Proszę Panią... prowadzę Ośrodki dla dzieci, takich dzieci jak Pani, i miałem na myśli tylko to, że mogłyby mieć u nas lepsze życie !
-O Jezu... najserdeczniej pana przepraszam ! Ja.. ja.. ja nie wiedziałam ! Tak mi wstyd... Oraz... nie chcę żeby dzieci trafiły do pańskiego ośrodka.
-Niech pani skończy.. każdemu się zdarza... Dobrze, ale niech pani wie że dzieci miały by tam lepsze życie . Aha, i skończmy z tym "Pan/Pani". Jestem Franklin. Franklin Smith. - po czym się otrzepał i wsiadł do eleganckiego, czarnego BMW.
-Pattie. Pattie Bieber. - Odpowiedziała.
BMW pojechało przed siebie a Pattie spojrzała się na dzieci, i czym prędzej poszli z pieniędzmi kupić jedzenie i ubrania.
2 godziny później....
Pattie wraz z dziećmi wyszli już ze sklepu z ubraniami. Postanowili, że czas najwyższy kupić coś do jedzenia, ponieważ zostało im już tylko 60$. Weszli do jakiegoś Super Marketu. Kupili chleb, wodę, sery i szynki, jogurty oraz najróżniejsze kiełbasy. Stali już w kolejce do kasy, kiedy zobaczyli Franklina. Szybko zwrócili na siebie uwagę mężczyzny. Kiedy ich zobaczył wyraźnie było widać że dostał 'tiku' nerwowego. Zaczął zachowywać się trochę nerwowo, zaczął się pocić i chciał jak najszybciej wyjść ze sklepu widząc ich szczęśliwych. Pattie i dzieci przestraszyli się zachowania Franklina. Czym prędzej po zakupieniu produktów wyszli ze sklepu. Tam było widać tylko odjeżdżający z piskiem opon samochód, w którym najprawdopodobniej był Franklin. Kobieta z dziećmi przerażona całą sytuacją postanowiła ochłonąć siadając na ławce.
Kilka minut później Pattie wraz z dziećmi czekała na pociąg na stacji metra, chcąc pojechać do rodziców z nadzieją że będą mogli tam przenocować kilka dni albo i nawet zamieszkać u nich. Nie widzieli się z rodziną już 3 lata, odkąd wylądowali na ulicy. Nie wiedzieli nawet czy żyją. Pociąg podjechał. Otworzyły się drzwi a Pattie z dziećmi weszła. Nie minęło 10 sekund a dzieci zobaczyły faceta w masce który wyciągnął z pod płaszcza pistolet 9mm z tłumikiem, Pattie wyrzuciła z pociągu dzieci dla ich bezpieczeństwa i wypięła klatę do przodu. Zamaskowany zabójca w ciągu kilku sekund strzelił 3 razy w miejsce gdzie znajduje się serce Pattie. Bezsilnie
upadła na peron cała we krwi. Justin przytulił Jazzy i zaszokowani całą sytuacją stali w miejscu patrząc na zakrwawioną matkę, wiedząc, że nic jej nie uratuje - była już w lepszym świecie. Drzwi od pociągu się zamknęły i pociąg odjechał, a w nim morderca w masce, który ze wspólnikami go porwał. Dziesiątki gapiów zabrało się wokół ciała Pattie i jej dzieci. Po kilku minutach przyjechała karetka. Nic nie można było zrobić, obrażenia były zbyt duże, nawet gdyby zjawili się od razu po postrzeleniu kobiety, jej serce było podziurawione i nic jej nie mogło uratować. Sanitariusz podszedł do dzieci kobiety i rzekł z zaciśniętym gardłem:
-Przykro mi... miejmy nadzieję że tam gdzie teraz jest, jest lepiej niż na tym brutalnym świecie. Będzie nad wami czuwać. - po czym przytulił dzieci.
Po pewnym czasie Justin i Jazzy zostali zabrani do Domu Dziecka, poznali kilka nowych osób, ale nie mogąc zapomnieć o tym wydarzeniu, siedzieli cały czas samotnie przy małym stole....
___________________________________________________________________________________
Co o tym sądzicie ? :D Podoba się ? Wiem że trochę amatorskie, ale dopiero się rozkręcam . Następny rozdział niebawem :) /Sebass
Prolog
Wrażliwa, romantyczna, zrobi wszystko aby uratować swoje dzieci. Gdy Jazzy miała 2 lata jej i Justina ojciec zostawił ich bez grosza. Nie wiedzą co się teraz z nim dzieję.
Pattie jest spokojną, miłą kobietą. Wszyscy ją lubią.
Justin Bieber 15 lat
Ma talent, muzyka to jego życie, kocha poznawać nowych ludzi. Jego idolem jest Usher oraz Michael Jackson. Cudownie śpiewa, gra na perkusji i gitarze. Może jego instrumenty nie należą do najlepszych, ale dzięki nim zarabia na jedzenie. Lubi żartować. W każdą niedzielę wraz z mamą i siostrą chodzą do kościoła.
Jazmyn Bieber 11 lat
Lubi dyskutować, zawsze stawia na swoim, kocha tańczyć. Mówią na nią Jazzy. Mimo tego, że nie pamięta swojego taty to wciąż za nim tęskni i nie rozumie dlaczego tak postąpił i ich zostawił. Ma najlepszą przyjaciółkę Kelsey.
Kelsey Steroy 11 lat
Miła dziewczyna. Kocha tańczyć tak samo jak Jazmyn. Rozmawiają o wszystkim. Z Jazzy znają się od dziecka. Mama Kelsey, Emily leżała w tej samej sali co Pattie. Nie ma ojca ani pieniędzy, ale stać ich na mały pokoik w bloku. Jej najlepszą przyjaciółką jest Jazz.
Franklin 29 lat
Lubi szmal, wydaje pieniądze na lewo i prawo, pomaga dzieciom. Dobro duszny, jak się wścieknie to robi niezłą rzeź. Lubi bawić się ludzkimi uczuciami. Nie myśli o związku na stałe.
___________________________________________________________________________________
Rozdziały wymyślamy razem, a piszemy na zmianę. Podpisujemy się Sebass i Believe <3
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)




