piątek, 12 lipca 2013

Rozdział #2

22:00 Justin i Jazzy chcąc nie chcąc położyli się spać. W tym strasznym miejscu panowały okropne zasady...
- Justin... A co jeśli nikt nas nie polubi tutaj? - zapytała zasmucona Jazmyn.
- Na pewno będziesz miała tutaj wielu przyjaciół. Obiecuję Ci to - odpowiedział i przytulił ją mocno, muskając jej czoło.
- Obiecujesz? 
- Obiecuję, a teraz chodźmy spać. Ten dzień z pewnością nie należy do najlepszych.
Jus przytulił siostrę, po czym odpłynął do krainy Morfeusza.

*Justin*
*Następnego dnia*
 Opiekunowie budzili wszystkich o 08:00. Wstaliśmy z łóżka i po kolei szliśmy do łazienki. O 09:00 wszyscy musieli stawić się na stołówce, jeżeli można to tak nazwać. Usiedliśmy na, krzesłach? Szczerze to nie wiem jak można nazywać te wszystkie znajdujące się tam rzeczy, nie były one zbyt zadbane. 
Zjedliśmy coś co w ogóle nie wyglądało jak jedzenie, no ale cóż. Liczą się dobre chęci.
Jazmyn poszła do pokoju.  Ja stanąłem w kolejce po wodę. 
- To ty jesteś ten nowy, jak ci tam... Bieber - powiedział jakiś chłopak.
- Tak, a ty to? - zapytałem mierząc go wzrokiem.
- Christian Beadles - odpowiedział podając mi rękę.
- Miło mi - mruknąłem cicho i ścisnąłem jego rękę. 
- Mi też - rzucił szybko. 
Odwróciłem się do niego plecami, wziąłem dwie wody i ruszyłem przed siebie. 
Wszedłem do pokoju i moim oczom ukazała sie szczęśliwa Jazzy. Rozmawiała z jakąś koleżanką. 
- Hej mała, co jest? - zapytałem siadają obok niej.
- Hej duży, to moja koleżanka Kelsey - powiedziała i wróciła do rozmowy z nią.
Postanowiłem,  że pójdę na spacer. Za długą namową opiekunki wyszedłem z budynku.
Miałem przy sobie trochę drobniaków. Zaszedłem do małego sklepu po drodze. Kupiłem kilka rzeczy. 
Jedząc lizaka szedłem przed siebie, ze wzrokiem wbitym w ziemię. 
Naglę wpadłem na kogoś.
- Auuć - powiedziała dziewczyna.
- Przepraszam, naprawdę bardzo Cię przepraszam - powiedziałem i pomogłem wstać nieznajomej, która w tym momencie leżała na ziemi.
- Nic się nie stało - powiedziało podnosząc się.
- Nic Ci nie jest? - zapytałem troskliwie.
- Nie, ale dziękuję - uśmiechnęła się.
- Może zacznijmy od początku, bo to powitanie nie było za fajne - zaśmialiśmy się.   Cześć jestem Justin, a ty? zapytałem piękność.
- Cześć, Caitlin.
- Gdzie idziesz? - zapytałem.
- Do domu - odpowiedziała z uśmiechem.
- Odprowadzę Cię.
Szliśmy prosto, ciemną uliczką. Po kilku minutach byliśmy na miejscu. 
- To tutaj mieszkam - powiedziała Cait, przytuliłem ją.
- Dasz mi swój numer? - zapytałem
- Tak, jasne.
Dałem jej swój telefon, a ona mi zapisała numer.
- Do zobaczenia.
- Pa.
Pożegnaliśmy się i wróciłem do mojego tymczasowego "mieszkania".
Jazmyn spała jak aniołek. Jest naprawdę śliczną dziewczynas i wierze, że kiedyś spotka chłopaka swoich marzeń.

Za dwa dni kończę 16 lat. 
- Jeszcze tylko 2 lata siedzenia w tej dziurze - mruknąłem pod nosem.
Wszedłem do łazienki i wziąłem szybki prysznic. Nałożyłem krótkie spodenki i położyłem się do łóżka. 
Od razu usnąłem...

*

Szedłem długim, ciemnym korytarzem. Nagle zauważyłem światło. Ruszyłem w jego stronę. 
To miejsce w którym aktualnie się znajdowałem nie miało końca. 
Zauważyłem w rogu krzesło, podszedłem do niego.
Siedziała na nim.... Siedziała na nim Jazzy, moja mama. Była przywiązana grubymi sznurami, a usta miała zaklejone czarną taśmą. Jej oczy były zamknięte, a na twarzy i rękach widać było szramy.  
Dotknąłem jej nadgarstka, puls był niewyczuwalny. 
Spojrzałem na nią, pocałowałem ją w policzek. Po moim policzku poleciała łza, a po niej następna i następna.
- Nie!!! - krzyczałem do siebie.   Tylko nie to - powiedziałem ciszej i nieco spokojniej. 
Koło krzesła leżał nóż. Bez zastanowienia przejechałem nim po nadgarstku. Czułem straszny ból, ale nie ból po cięciu się, bo to było niczym do bólu który czułem w sercu. Przejechałem jeszcze raz, nagle koło Jazmyn stanął jakiś facet.... Franklin...
*

Zerwałem się z łóżka, spojrzałem na leżącą obok Jazzy i odetchnąłem z ulgą. Potem zerknąłem na nadgarstki, były czyste.
- Czyli to tylko sen - mruknąłem cicho do siebie.
Była 07:50. 
Co znaczył ten Franklin? To on stanął koło Jazzy i miał ręce całe w krwi, a z kieszeni wystawała broń.
W moim śnie to on zabił Jazzy!  Muszę ją teraz ochraniać, nie wiem co może odbić temu czubkowi.
Ale skoro on "zabił" Jazmyn to może to mi daje jakiś znak. Może zabił kogoś jeszcze, kogoś kto miał w moim życiu duże znaczenie...

___________________________________________________________________________________


  Bardzo, ale to bardzo was przepraszam, że taki krótki, ale no cóż... Nie miałam za bardzo czasu. Następny rozdział napiszę Sebastian.  A  ja będę pisała #4  postaram się, żeby był dłuższy :)  

                       I bardzo was proszę o komentarze, to wiele dla nas znaczy  :DDD

~ Believe <3

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz